Polski Związek
Towarzystw Wioślarskich
Sponsor Generalny
Patronat Prezydenta RP
Partner medialny
Partner medialny
Polskie Radio Jedynka
Partner medialny
100 lat PZTW Facebook Twitter Instagram Youtube
100 lat PZTW

Sycz kucharski

W grudniu 2019 roku Polski Związek Towarzystw Wioślarskich obchodzi 100-lecie istnienia. Z tej okazji wybraliśmy najlepszą osadę w dotychczasowej historii polskiego wioślarstwa – została nią dwójka podwójna wagi lekkiej mężczyzn w składzie: Robert Sycz, Tomasz Kucharski, czyli dwukrotni mistrzowie świata i dwukrotni mistrzowie olimpijscy.

- Zostaliście wybrani osadą stulecia. Jak odbieracie to wyjątkowe wyróżnienie?
Tomasz Kucharski: - To bardzo przyjemne, tym bardziej, że od tych sukcesów minęło już sporo czasu. Dla mnie to ogromne wyróżnienie. Mimo że ściskam kciuki za wszystkie nasze osady i życzę im jak najlepiej, to niezmiernie się cieszę, że zostaliśmy uznani za najlepszą załogę.
Robert Sycz: - Szczerze powiem, że nie spodziewałem się. Nie sądziłem, że będzie dokonywany taki wybór. Wiemy, że czwórka podwójna też zdobywała wiele medali i jest bardzo zasłużoną osadą, ale myślę, że zdecydowały dwa złota igrzysk olimpijskich. Jest mi bardzo miło, że w ten sposób podziękowano za to, co osiągnęliśmy.

- Jak to się stało, że wsiedliście do jednej łódki?
Robert Sycz: - To był przypadek. W 1997 roku pływaliśmy w czwórce podwójnej wagi lekkiej – ja byłem szlakowym, a Tomek siedział drugi. Byli z nami Robert Laskowski z Torunia i Tomasz Fiłka ze Szczecina. Kiedy jednak doszło do Pucharów Świata i trzeba było startować w dwójce, stworzyłem duet z Fiłką. Zajęliśmy szóste miejsce w Paryżu, mając niewielką stratę do podium. I w takim zestawieniu mieliśmy występować przez resztę sezonu. Jednak Tomek Fiłka musiał jechać na wesele, na którym był świadkiem, a trenować było trzeba. I w ten sposób wsiedliśmy do łodzi z Tomkiem Kucharskim. Pamiętam, że Jerzy Broniec nie widział tego zestawienia ze względu na wagę, ponieważ dla nas obu waga startowa była nienaturalna. Trener unikał tego jak tylko mógł. Tymczasem, jak tylko wsiedliśmy do łódki, od pierwszych chwytów było czuć, że to jest to. Technicznie byliśmy dopasowani idealnie. Na 1000 metrów osiągaliśmy czas lepszy o dziesięć sekund niż z Fiłką, mimo że z nim również wiosłowało mi się bardzo fajnie. Pewnie byśmy zostali razem w osadzie, gdyby nie ten jego wyjazd na weekend…
Tomasz Kucharski: - Tomek pojechał na to wesele, a ja zostałem na przejazdy, jako zawodnik rezerwowy. Pływaliśmy dość szybko, a po powrocie Tomka, były przejazdy kontrolne – Robert pływał raz ze mną, a raz z Fiłką. Pojechaliśmy z Robertem na ostatni Puchar Świata w sezonie do Lucerny i zdobyliśmy tam brązowy medal. Właściwie wtedy zaczęło się to na poważnie.

Sycz kucharski M. Żochowski Archiwum Ilustracji WN PWN SA

- Jak panowie wspominają imprezę w Aigubelette w 1997 roku, na której zdobyliście pierwsze mistrzostwo świata w historii polskiego wioślarstwa?
Tomasz Kucharski: - Właśnie ten Puchar Świata w Lucernie dał nam wspaniałą lekcję, bo po wygraniu przedbiegu i półfinału, wydawało się, że w finale zwyciężymy bez względu na wszystko. Jednak w ostatnim biegu nauczyliśmy się, że organizmu nie da się oszukać i w pewnych momentach po
prostu odmawia posłuszeństwa. Myślę, że dzięki temu zdobyliśmy złoto w Aigubelette. Pamiętam, że po przekroczeniu mety, mimo że prowadziliśmy przez cały wyścig, oglądałem się za siebie czy na pewno nikt nas nie wyprzedził. Mimo że o tym marzyłem i nawet oczekiwałem tego medalu, to byłem zaskoczony, że byliśmy najlepsi.
Robert Sycz: - To były mistrzostwa pod nasze dyktando. Wygrywaliśmy wszystko, od przedbiegów po finał. Według mnie wówczas pokazywaliśmy z Tomkiem najlepsze wioślarstwo. Wiosłowaliśmy najlepiej technicznie, z największą swobodą i finezją w naszej karierze. Wtedy też, w finale, ustanowiliśmy nieoficjalny rekord świata, który utrzymywał się aż do 2002 roku. W kolejnych latach nasz styl się zmieniał i zrobił się bardziej siłowy.
Tomasz Kucharski: - Wydawało się, że w 1997 roku pływało się najłatwiej i te zwycięstwo przyszło z najmniejszym wysiłkiem.

- Po dwóch mistrzostwach świata – w 1997 i 1998 roku w Kolonii – przyszedł słabszy rok 1999. Przez to na igrzyska w Sydney musieliście kwalifikować się w 2000 roku. Mówi się, że nie da się zrobić dwóch szczytów formy. Dyrektor Gryczuk przypominał, że zaryzykowaliście i mimo wszystko postawiliście na przygotowania do igrzysk, a nie na kwalifikacje.
Robert Sycz: - Zgadza się. Zakwalifikowaliśmy się pewnie, ale okupiliśmy to ogromnym wysiłkiem. Po biegu finałowym trzeba było pokonać trzy schodki, żeby wkroczyć na podium. Nie byłem w stanie tam wejść. Po prostu wczołgałem się na czworakach, a w oczekiwaniu na dekoracje wymiotowałem. Myślałem, że ze zmęczenia żołądek wywinie mi się na lewą stronę. W czasie biegu zmieniła się pogoda – wiadomo, to jest Lucerna, blisko są góry, więc takie sytuacje się zdarzają. Pierwsze 800 metrów wiosłowaliśmy w słońcu, a następnie nastąpiło straszne załamanie pogody – zaczął padać ulewny, zimny deszcz. Temperatura tak drastycznie spadła, że po biegu, z powodu zmrożenia, nie mogłem otworzyć dłoni zaciśniętych na wiosłach.
Tomasz Kucharski: - Tu była duża zasługa naszego trenera Jerzego Brońca, bo po 1999 roku nikt w nas nie wierzył, a ja na jakiś czas zawiesiłem nawet wiosła na kołku i wydawało mi się, że to koniec mojej przygody ze sportem. Jednak szkoleniowiec, żona i działacze namówili mnie do powrotu, a kluby dogadały się, żebyśmy mogli wspólnie trenować. Trener Broniec wykonał olbrzymią pracę, żebyśmy zdobyli tę kwalifikację, a potem pojechać do Sydney nie na wycieczkę, tylko żeby walczyć o medale. Była to niesamowita rzecz.

SydneySydney International Regatta Centre (fot. wikipedia)

- Na samych igrzyskach forma była bardzo wysoka i byliście pewni swego.
Robert Sycz: - Byliśmy na dziesięciodniowym zgrupowaniu w Australii przed igrzyskami i początki były bardzo trudne, bo nie płynęliśmy tak szybko, jakbyśmy tego chcieli. Doszło do kłótni między mną a Tomkiem, bo zawsze uważałem, że na treningu trzeba dawać z siebie sto procent, a Tomek, ze względu na nasze przemęczenie podróżą i treningami, chciał żebyśmy trochę się oszczędzali. Po męskiej wymianie poglądów na wodzie, trener mnie poparł. Też twierdził, że mimo zmęczenia, musimy mocno trenować. Tomek się zdenerwował, ale to sprawiło, że wyładowywał się w łodzi i zaczął mocniej wiosłować. W końcu nabraliśmy prędkości (śmiech). A każdy dzień aklimatyzacji sprawiał, że byliśmy coraz bardziej wypoczęci.
Tomasz Kucharski: - To prawda, że padło wiele niecenzuralnych słów. W pierwszych dniach łódka w ogóle nam nie płynęła, jakbyśmy ciągnęli wiadro za sobą. Ja pamiętam to tak, że po tej kłótni trener kazał nam podpłynąć do pomostu i w końcu zaskoczyło. Te emocje się wyzwoliły(śmiech).
Robert Sycz: - Gdy przyszły starty mieliśmy niesamowity gaz, technicznie też nie było się do czego przyczepić. Byliśmy w szczycie formy. To była trzecia impreza, po mistrzostwach w Aigubelette i Kolonii, podczas której wygraliśmy wszystkie biegi. Mniejszym lub większym kosztem. Zazwyczaj się wymienialiśmy – jak się Tomek "zajechał" prawie do nieprzytomności, to ja czułem się dobrze. A w następnym starcie było odwrotnie. Najważniejsze jednak, że na 2000 metrów płynęliśmy najszybciej i nikt nie miał na nas siły.
Tomasz Kucharski: - Muszę wspomnieć o wspaniałej postawie trenera przed biegiem finałowym. Kiedy działacze, z ówczesnym prezesem Polskiego Komitetu Olimpijskiego świętej pamięci Stanisławem Paszczykiem na czele, chcieli nas wesprzeć przed startem, Jerzy Broniec tak ich pokierował, że nie zdążyli do pomostu. Tym samym dał nam trochę spokoju i nie czuliśmy takiej presji. Myślę, że miało to wpływ na naszą postawę.

- Czas olimpiady to trzy wicemistrzostwa świata – za każdym razem byliście za Włochami. Srebrny medal to kapitalny wynik, ale po złocie olimpijskim nie było lekkiego niedosytu?
Tomasz Kucharski: - Trzeba pamiętać, że przegraliśmy z wicemistrzami olimpijskimi, ale faktycznie trudno było się z tym pogodzić, tym bardziej, że byli lepsi trzy razy z rzędu. Z drugiej strony obrywało nam się za "tylko" srebrny medal...
Robert Sycz: - Był ogromny niedosyt. Włosi dominowali, naprawdę szybko pływali i byli zgraną osadą. Bili rekordy
świata na ergometrze wioślarskim, co świadczy o tym, że byli w znakomitej formie. Trenowali bardzo ciężko, ale w końcu zapłacili za to wysoką cenę. Przez trzy lata utrzymywali się na szczycie, ale w czwartym, olimpijskim roku mieli słaby sezon. Natomiast podczas igrzysk byli już totalnie wyczerpani i zajęli dopiero 11. miejsce.
Tomasz Kucharski: - Po igrzyskach dowiedzieliśmy się, że jeden z Włochów zmagał się z kontuzją i to miało wpływ na ich postawę. Zawodnik pewnie nie chciał już odpuścić przed imprezą czterolecia i pojechał na nią nie będąc w najwyższej dyspozycji.

Sycz Kucharski Główne

- Pan Tomasz wielokrotnie podkreślał, że bieg finałowy z Aten, czyli ten, w którym zdobyliście drugie złoto igrzysk, był największym wysiłkiem w jego karierze.
Robert Sycz: - Nie chciałbym Tomkowi niczego ujmować, ale na ostatnich 150 metrach już mi nie pomagał. Taki był przebieg tego finału, że wyczerpał swoje możliwości przepływając 1850 metrów, a resztę dystansu wiosłował zupełnie bez siły. Na szczęście nie zemdlał, nie przestał zupełnie wiosłować i udało mi się rozpędem łodzi doprowadzić ją do mety. Czym to było spowodowane? W tym sezonie Tomek często łapał kontuzje lub choroby. I na igrzyskach w Atenach nie był w najwyższej dyspozycji, bo stracił sporą część przygotowań przez uraz.
Tomasz Kucharski: - To był dziwny bieg, bo po 1500 metrach pomyślałem sobie, że tak łatwo jeszcze chyba nigdy nie było. Gdy ogląda się ten bieg widać, że przez ostatnie 50 metrów moja głowa przechyla się w jedną stronę, praktycznie bez koordynacji. Dla mnie końcówka tego finału była psychiczną walką ze swoim ciałem, żeby nie odpuścić. Mówiłem sobie, że niemożliwe jest oddać zwycięstwo na samej kresce i że nie mogę się poddać. Resztką świadomości starałem się jak mogłem zachować rytm Roberta i udało się dowieźć zwycięstwo. Wówczas ważyłem najmniej w karierze zawodniczej, bo schodziłem poniżej 69 kilogramów i to mogło być jednym z powodów, że tak trudno było mi dotrwać do końca.

- Myślą panowie, że kiedyś jakaś osada będzie mogła poszczycić się większymi osiągnięciami od was?
Tomasz Kucharski: - Mam nadzieje, że tak, bo to będzie znaczyło, że polskie wiosła dalej będą się rozwijały. Nasi zawodnicy pokazują, że mogą być w ścisłej czołówce i byłbym zadowolony, gdyby ktoś także zdobył dwa lub więcej złotych medali olimpijskich.
Robert Sycz: - Również mam taką nadzieję. I byłbym bardzo szczęśliwy, gdyby była to moja osada.

Zobacz także

Enea Mistrzostwa Polski na ergometrze wioślarskim - medaliści
25 sty 2020
W sobotę we Wrocławiu zostały rozegrane Enea Mistrzostwa Polski na ergometrze wioślarskim. Zawodnicy i zawodniczki rywalizowali na dystansie 2000 metrów. Wśród seniorów triumfował Mirosław Ziętarski, a wśród seniorek Anna Wierzbowska, kt...

Podsumowanie zgrupowań w Livigno i Jakuszycach: troje zawodników z drobnymi urazami
23 sty 2020
Zakończyły się zgrupowania w Livigno i Jakuszycach. W sobotę naszych reprezentantów czekają Enea Mistrzostwa Polski na ergometrze wioślarskim. Nie wystartuje w nich troje kontuzjowanych zawodników. Z kadry kobiet imprezę we Wrocławiu odpus...

Maria Sajdak: możemy pływać jeszcze szybciej. Trener o to dba
21 sty 2020
Maria Sajdak z czwórki podwójnej kobiet zajęła czwarte miejsce w plebisycie 10 Asów Małopolski 2019 roku "Dziennika Polskiego" i "Gazety Krakowskiej". Z tej okazji udzieliła wywiadu temu drugiemu dziennikowi. Maria Sajdak (z d. Springwald) po...

 

Nadchodzące zawody
(kalendarz)

14.03XVII Otwarte Mistrzostwa Miasta Poznania na ergometrze wioślarskim
Poznań
10-12.04Puchar Świata
Sabaudia (Włochy)
18.04Centralne Wiosenne Regaty Długodystansowe
Warszawa

14.03
XVII Otwarte Mistrzostwa Miasta Poznania na ergometrze wioślarskim
Poznań
10-12.04
Puchar Świata
Sabaudia (Włochy)
18.04
Centralne Wiosenne Regaty Długodystansowe
Warszawa

Zobacz wszystkie zawody