Polski Związek
Towarzystw Wioślarskich
Sponsor Generalny
Patronat Prezydenta RP
Partner medialny
Partner
Ministerstwo Sportu MarlinX
Partner
100 lat PZTW Facebook Twitter Instagram Youtube
100 lat PZTW

stadniuk7

W grudniu 2019 roku Polski Związek Towarzystw Wioślarskich obchodzi stulecie istnienia. Z tej okazji zapraszamy na wyjątkowy cykl, w którym raz w miesiącu przybliżamy historię polskiego wioślarstwa i dwunastu prezesów PZTW. Czas na obecnego, dwunastego prezesa - Ryszarda Stadniuka, który pełni tę funkcję od 1996 roku. Zapraszamy na rozmowę.

>>>Tomasz Waszczuk: wioślarstwo nauczyło mnie pokory<<<

- Jak zaczęła się pana przygoda z wioślarstwem? Podobno najpierw były kajaki?

Ryszard Stadniuk: - W zasadzie zaczęło się od pływania w szkole podstawowej. Później faktycznie było kajakarstwo. Radziłem sobie całkiem dobrze, ale przytrafiła się kontuzja, mianowicie pojawiła się woda w kolanie. Był to okres, gdy chodziłem już do Technikum Budowy Okrętów. Naszym nauczycielem angielskiego był trener wioślarski Ryszard Kobenza. Na pierwszy trening zwerbował niemal całą klasę. Były chyba dwie ósemki. Ja się do tej pierwszej nie łapałem, bo byłem za słaby i wysoki, ale polubiłem wioślarstwo.

- I chyba szybko się pan rozwinął...
- Zacząłem wiosłować w 1967 roku, a dwa lata później na Ogólnopolskiej Spartakiadzie Młodzieży zdobyłem brązowy medal w dwójce ze sternikiem. Co ciekawe złoty medal zdobył mój późniejszy partner, Grzegorz Stellak z Płocka.

- I kariera zaczęła się na dobre.
- W 1970 roku skończyłem Technikum Budowy Okrętów i w tym samym czasie czwórka bez sternika ze Szczecina - która składała się ze mnie, czyli zawodnika Czarnych oraz trójki z AZS-u - zdobyła złoty medal seniorów, co było wielkim zaskoczeniem. Wygraliśmy z Zawiszą Bydgoszcz, który był traktowany jak klub zawodowy. I w zasadzie wtedy zaczęła się moja kariera. Mniej więcej w tym samym czasie przyjechał do Polski trener Jermiszkin i pomógł zorganizować centrum przygotowań olimpijskich w Bydgoszczy. To był okres, gdy zdawałem na studia. Koniecznie chciałem dostać się do tego ośrodka, a na Politechnikę Szczecińską na Wydział Budowy Maszyn i Urządzeń Okrętowych było siedem osób na jedno miejsce. W zasadzie pojechałem na egzamin tylko po to, żeby rodzice nie mieli do mnie pretensji, bo bardzo chciałem jechać na igrzyska.

- Czyli wioślarstwo było priorytetem.
- Zdecydowanie. Okazało się jednak, że dostałem się na Politechnikę (śmiech). Chciałem koniecznie skorzystać z tej szansy i zacząłem te studia. Dopiero po pierwszym semestrze wziąłem urlop dziekański, ale okazało się, że było za późno, żeby załapać się do ekipy, która pojechała do Monachium. Grzegorz Stellak startował wówczas w ósemce. Nie pojechałem na te igrzyska olimpijskie, ale byłem już w kadrze. Kolejne lata to były mistrzostwa Polski w czwórce i dwójce ze sternikiem z moim partnerem klubowym Ryszardem Burakiem.

IO1980 czw

- Jak to się stało, że zaczął pan pływać z Grzegorzem Stellakiem?
- W 1975 roku Stellak pokłócił się ze swoim obecnym partnerem i w zasadzie przypadkowo wsiedliśmy na dwójkę, przed mistrzostwami świata w Nottingham. Pojechaliśmy na pierwszy trening i od razu było widać, że jest rewelacyjnie. Była chemia, moc, jeździliśmy bardzo szybko. To był bardzo dobry rok, bo zostaliśmy wicemistrzami świata.

- Ale już wcześniej mieliście bardzo dobre wyniki na arenie międzynarodowej.
- Naszym pierwszym wielkim sukcesem było zdobycie międzynarodowego mistrzostwa Francji. Pokonaliśmy m.in. braci Svojanovskich i zrobiliśmy w dwójce ze sternikiem lepszy czas niż dwójka bez sternika. Później wygraliśmy międzynarodowe mistrzostwo Niemiec.

- Jak pan wspomina mistrzostwa świata w Nottingham?
- Myślę, że gdybyśmy mieli trochę więcej rutyny, to zostalibyśmy mistrzami świata. W finale bardzo ładnie prowadziliśmy bieg, dobrze nam się płynęło, ale nierówno zaczęliśmy finiszować i zajęliśmy drugie miejsce za reprezentantami NRD, a przed zawodnikami z RFN. Dwójka z NRD niedługo potem została rozwiązana i wyglądało na to, że będziemy faworytami na igrzyskach.

- Ale?
- Po powrocie okazało się, że Grzegorz zachorował na żółtaczkę. W czasie jego rekonwalescencji pływałem z Bogdanem Łopatą, ale uparłem się, żeby jechać na te igrzyska z Grzegorzem. Mówiono, że dojdzie do siebie. I faktycznie tak było. Zaczął treningi w marcu, początkowo był bardzo słaby, ale w szybkim czasie doszliśmy do niezłej formy. Powiedziano nam, że musimy się pokazać chociaż na jednych regatach międzynarodowych. Pojechaliśmy na dwudniowe zawody do Ratzeburga. Pierwszego dnia byliśmy drudzy, a drugiego wygraliśmy! Wydawało się, że wszystko jest OK.

- A jak było na igrzyskach w Montrealu?
- Nieźle. Z przedbiegu weszliśmy do półfinału, później awansowaliśmy do finału, ale w decydującym biegu mieliśmy trochę pecha. Był bardzo mocny wiatr boczny, a my mieliśmy najgorszy tor. Wówczas FISA nie zmieniała ustawienia torów i to już w zasadzie stawiało nas na przegranej pozycji. Myślę jednak, że wyszedł też brak pełnego przygotowania do sezonu. W każdym razie przypłynęliśmy ostatni i byliśmy bardzo rozczarowani i zawiedzeni. Pamiętam, że na lotnisku po powrocie mówiłem, że chciałbym już jechać na mistrzostwa świata, żeby się zrehabilitować.

- Powoli zbliżamy się do powstania "brązowej" czwórki ze sternikiem...
- W 1978 roku skończyłem studia i dostałem powołanie do szkoły oficerów rezerwy. Wtedy kierownikiem wyszkolenia był Teodor Kocerka. Mówiono, żebym pojechał, złożył przysięgę, a potem mnie wyciągną z tej szkoły. Okazało się, że to nie było takie proste. Jakiś generał się uparł, że muszę być oficerem i nie udało się zwolnić mnie z tej jednostki. Ominęły mnie mistrzostwa świata w Nowej Zelandii, na które pojechała druga dwójka - Adam Tomasiak i Grzegorz Nowak. I zdobyli brązowy medal. W 1979 roku wyszedłem z wojska, a trener stwierdził, że mają dwójkę medalową, więc chciał zbudować czwórkę. Na początku byłem to ja ze Stellakiem i dwóch braci Trzcińskich, bardzo mocnych i dynamicznych zawodników. Szło nam całkiem nieźle. Pamiętam, że zrobiliśmy świetny wynik w Moskwie, pokonując czołowe osady z Niemiec i Rosji. Jednak podczas mistrzostw świata w Bled byliśmy przetrenowani. Trenerzy nie mieli takich narzędzi do monitorowania treningu jak dziś, a trenowaliśmy bardzo ciężko. Zajęliśmy trzecie miejsce w finale B.

Stadniuk2fot. J. Kowacic

- Dlatego zaszły zmiany w tej osadzie?
- Początkowo plan był taki, że w takim składzie pojedziemy do Moskwy na igrzyska olimpijskie. Jednak w trakcie przygotowań bracia Trzcińscy stwierdzili, że wolą pływać w czwórce bez sternika. Tomasiak i Nowak, jako że w dwójce nie bardzo im szło, zostali dokoptowani do czwórki bez sternika, a później przeszli do naszej czwórki ze sternikiem za braci Trzcińskich. Ta wymiana między czwórkami nastąpiła jakiś miesiąc przed igrzyskami. Okazało się to bardzo dobrym posunięciem, bo skończyło się brązowym medalem olimpijskim.

- Igrzyska w Moskwie zostały zbojkotowane przez większość krajów zachodnich. Miało to wpływ na poziom zawodów wioślarskich?
- Z najsilniejszych osad nie było Amerykanów i Niemców Zachodnich, choć w naszej konkurencji te kraje nie były tak mocne. Natomiast przyjechali Anglicy pod flagą federacji, wystartowali też Australijczycy, więc poziom był bardzo wysoki.

- Jak pan wspomina drogę do tego medalu?
- W przedbiegu byliśmy drudzy, minimalnie za Niemcami. Wówczas warunki nam odpowiadały - było pod wiatr, a my byliśmy bardzo silną, fizyczną ekipą. Natomiast w finale było z wiatrem, Rosjanie pojechali bardzo mocno na początku i "rozwieźli" resztę. Wydawało się, że wszystko jest "pozamiatane", ale okazuje się, że jakbyśmy byli bardziej dopingowani przez naszego sternika, to mielibyśmy srebrny medal, ponieważ Rosjanie strasznie osłabli w końcówce.

- Ryszard Kubiak nie widział tego, że słabną?
- Jak byliśmy na trzecim miejscu, Ryszard już krzyczał, że mamy brązowy medal (śmiech). Oczywiście to tylko moje wrażenie, że mogliśmy jeszcze dojść Rosjan. Poza tym brązowy medal był dla nas wspaniałym sukcesem.

- Tak spektakularnego sukcesu nie udało się już powtórzyć.
- Po igrzyskach pływaliśmy w tej czwórce, ale jakoś nam nie szło. Na głównych imprezach byliśmy przemęczeni i kończyliśmy w finałach B. Później był stan wojenny. Akurat przebywałem w Niemczech, gdzie jeździłem dorabiać i zdecydowałem się zostać. Wróciłem do Polski półtora roku później i wsiadłem do dwójki z 12 lat młodszym bratem Dariuszem. W 1984 roku trener chciał nas rozsadzić i skończyło się tak, że opuściliśmy zgrupowanie i przygotowywaliśmy się na własną rękę.

stadniuk5fot. J. Kowacic

- Jak szło panu w parze z bratem?
- Całkiem nieźle. Wiosną na regatach kwalifikacyjnych na wszelki wypadek wystartowaliśmy w dwóch konkurencjach - w dwójce ze sternikiem i bez sternika. W rywalizacji ze sternikiem przegraliśmy z Nowakiem i Piotrem Winczurą. Oni byli na naszym poziomie, ale dostali łódkę, a my nie. Nasza miała małą wyporność. Natomiast w dwójce bez sternika wyraźnie wygraliśmy z osadą, która miała być reprezentacyjną. Na regatach w Moskwie ponownie okazaliśmy się lepsi. Szykowaliśmy się na igrzyska, ale wiadomo jak to się skończyło.

- Bojkotem bloku wschodniego. To zdecydowało o zakończeniu przez pana kariery?
- Liczyliśmy na udział w igrzyskach w Los Angeles. Dla mnie to było bardzo duże rozczarowanie. Mimo że czułem się bardzo mocny i miałem 33 lata, to zdecydowałem się zakończyć karierę. Brat kontynuował swoją i wygrał nawet regaty Henley w czwórce. Natomiast ja przez osiem kolejnych lat nie miałem kontaktu z wioślarstwem.

- Co pan robił w tym czasie?
- Zacząłem rozwijać swój biznes - produkowaliśmy anteny satelitarne.

- Jak pan trafił do Polskiego Związku Towarzystw Wioślarskich?
- Na początku lat dziewięćdziesiątych zostałem zapytany czy nie chciałbym kandydować do zarządu. Dość dobrze rozwinąłem swoją firmę, nieźle stałem finansowo i zgodziłem się. Nie przyjechałem na Sejmik, ale dowiedziałem się, że zostałem wybrany z drugą liczbą głosów, po ówczesnym wiceprezesie związku, panu Makowieckim. Tak dostałem się do zarządu, a po półtora roku zaproponowano mi stanowisko wiceprezesa.

- W 1996 roku zastąpił pan Tomasza Waszczuka.
- Po igrzyskach w Atlancie Tomek powiedział, że nie chce ubiegać się o reelekcję. Gdyby nie to, pewnie nie zdecydowałbym się na kandydowanie, ze względu na lojalność. Wygrałem te wybory i zostałem prezesem.

Stadniuk1fot. J. Kowacic

- W zasadzie rozpoczęcie pana prezesury to także początek złotego okresu wioślarstwa, który trwa do dziś.
- Miałem dużo szczęścia, bo już rok później na mistrzostwach świata dwójka podwójna wagi lekkiej - Robert Sycz i Tomasz Kucharski - zdobyła złoty medal, pierwszy w historii dla Polski. I od tego momentu rozpoczęły się sukcesy.

- Z każdych igrzysk olimpijskich za pana kadencji Polacy przywozili medale.
- Niektórzy się pytają jaki był przepis na ten sukces. Wydaje mi się, że chodzi o świetny zespół. Przede wszystkim muszę tu powiedzieć o szefie wyszkolenia Bogdanie Gryczuku, który jest omnibusem. Pełni nie tylko rolę dyrektora sportowego, ale odpowiada za transport sprzętu, organizację czy logistykę. Staraliśmy nie zmieniać się trenerów po jakimś gorszym wyniku. Zawsze zdawaliśmy sobie sprawę, że potencjał wioślarstwa w Polsce jest bardzo mały. Trzeba zrozumieć, że mamy około 1500 zarejestrowanych wioślarzy. A np. Niemcy mają 80 tysięcy, Amerykanie 220 tysięcy, a Holendrzy 35 tysięcy. Nie ma czego porównywać. Z drugiej strony myślę, że ma to też jakiś plus, bo nie musimy odrzucać dobrych zawodników, tylko doskonalimy ich umiejętności. A w bogatych wioślarsko krajach zawodnicy eliminują się nawzajem. Z trenerami jest podobnie. My nie możemy pozwolić sobie na to, żeby zmieniać trenera po jakiejś porażce.

- Nawet jeśli trenerów nie mamy wielu, to są oni wysokiej klasy.
- Od początku wspaniałym trenerem był Jerzy Broniec, który chętnie dzielił się swoją wiedzą i pomysłami. To przykład szkoleniowca, który był samoukiem, a doszedł do najwyższej klasy. Przy nim pojawił się trener Aleksander Wojciechowski, który ma doskonałe oko, chociaż sam nie był wielkim zawodnikiem. Był też Marcin Witkowski, młody trener, z własnymi pomysłami, buńczuczny. Okazało się jednak, że potrafi pracować z kobietami.

- Do zawodników też miał pan szczęście?
- Sukces napędza. Zawodnicy, którzy przyjeżdżali na kadrę, widząc Sycza i Kucharskiego wiedzieli, że wiele im nie brakuje do mistrzów olimpijskich. To napędza do pracy. Oczywiście była rywalizacja, ale fair. Nie było żadnych wewnętrznych walk. Mieliśmy lokomotywy - najpierw dwójkę podwójną wagi lekkiej mężczyzn, a później czwórkę podwójną - przy których rodziły się kolejne osady. Chcę jednak podkreślić pracę zespołową. Mamy świetnego sekretarza - wcześniej byli Andrzej Krzepiński, Kajetan Broniewski, teraz jest Robert Zaborski, nasz wychowanek. Przy takiej ciągłości, niepowielaniu błędów, doszliśmy do naszego systemu przygotowań. Mamy cykl przed najważniejszymi imprezami w sezonie, który powtarzamy i udoskonalamy. I zawsze najlepszy wynik przychodził na tych najważniejszych regatach, więc zdaje to egzamin . Zbudowaliśmy doskonały zespól ambitnych fizjoterapeutów działających pod kierunkiem pani prof. Jolanty Cahwalbińskiej. Podczas ostatnich mistrzostwach świata w Linzu prezesi z innych krajów przychodzili i pytali jaki mamy system. I nikt nie chce wierzyć, że przy tak niskim potencjale, można zrobić taki wynik. Chociaż w tej chwili poziom jest tak wysoki i wyrównany, że każdy najmniejszy błąd w przygotowaniach czy niedyspozycja, sprawia, że jest się poza czołówką.

- Jaki pan jest jako prezes?
- Uważam, że należy dać ludziom pole do podejmowania decyzji - czy to w związku, czy w swoim biznesie. Staram się nic nie narzucać. Nigdy nie próbowałem decydować o składach osad, bo uważam, że trener ma największą wiedzę pod tym względem. Trzeba dawać swobodę, ale za tym idzie odpowiedzialność za podejmowane decyzje.

Stadniuk3fot. J. Kowacic

- Jak się pan czuje jako najdłużej panujący prezes związku sportowego w Polsce i - patrząc obiektywnie - najlepszy prezes PZTW?
- Tak się złożyło, ale na to ma wpływ wiele lat pracy. Podobnie jest z moją pozycją w wioślarstwie światowym. Po kilku latach zostałem dostrzeżony i w 2008 roku wybrano mnie na szefa Europejskiej Federacji Wioślarskiej. Wydaje mi się, że potrafiłem wykorzystać zebraną wiedzę i doświadczenie. Jak działa się bez emocji i spokojnie się patrzy na wszystko, to jest łatwiej. Z wykształcenia jestem inżynierem i wydaje mi się, że potrafię myśleć logicznie. Nie działam pod wpływem emocji. Nauczyłem się też tego w biznesie, żeby nie podejmować pochopnie decyzji. Lepiej wysłuchać wszystkich stron, przespać się i na drugi dzień umysł inaczej funkcjonuje. Oczywiście zdarzały się kryzysowe sytuacje, ale myślę, że zostały dobrze rozwiązane.

- Rok 2020 będzie ostatnim pana prezesury. Czego pan sobie życzy na ten ostatni, olimpijski rok?
- Po pierwsze jestem bardzo zadowolony z wyniku w tym roku, bo to fajny prezent na stulecie istnienia PZTW. A w przyszłym roku życzyłbym sobie dobrego wyniku na igrzyskach w Tokio. Mogę z pełną świadomością powiedzieć, że mamy sześć osad mogących zdobyć medale...

- ...ale możemy też zostać bez żadnego?
- Mam nadzieję, że tak strasznie nie będzie (śmiech). Ale oczywiście wszystko jest możliwe. Patrząc realnie, będę miał satysfakcję z dwóch medali, ale nie wykluczam jeszcze lepszego wyniku. Jednocześnie jestem pełen pokory, bo poziom na świecie jest bardzo wyrównany i mam nadzieję, że unikniemy błędu w przygotowaniach. Ogólnie mamy dobre doświadczenia z imprez, które odbywają się poza Europą. Wiadomo, że dochodzą rzeczy związane z aklimatyzacją czy zmianą strefy czasowej. Wiąże się to z tym, że zawsze rok wcześniej jedziemy na rekonesans i znajdujemy miejsce do treningu. W tym roku jesteśmy po dwóch wizytach w Japonii. Teraz trzeba się tylko modlić o zdrowie zawodników, bo - tak jak wspomniałem - nie mamy tak długiej ławki rezerwowych jak choćby Niemcy.

- Kogo pan widzi jako swojego następcę?
- Wiążę duże nadzieje z Adamem Korolem, który jest wiceprezesem do spraw sportowych. Natomiast będą wybory i okaże się, kto zostanie wybrany. Myślę jednak, że to dobry kandydat. Poza nim mamy innych, wspaniałych byłych zawodników - w zarządzie jest Michał Jeliński, poza tym Tomasz Kucharski, niewykluczone, że Marek Kolbowicz. Myślę jednak, że Adam ma największe doświadczenie, wszak był już ministrem sportu. Tak czy inaczej musimy na to poczekać.

***

Ryszard Tadeusz Stadniuk (ur. 27 października 1951 w Szczecinie) - zawodnik Czarnych Szczecin. Olimpijczyk z Montrealu (1976), brązowy medalista igrzysk olimpijskich w Moskwie (1980) w czwórce ze sternikiem. Wicemistrz świata w dwójce ze sternikiem z Nottingham (1975). Wielokrotny medalista mistrzostw Polski w różnych osadach. Od 1996 roku prezes Polskiego Związku Towarzystw Wioślarskich, a od 2008 przewodniczący Europejskiej Federacji Wioślarskiej.

Stadniuk

Zobacz także

Ostatnia faza przygotowań do ME. Powołania seniorów na zgrupowanie w COS OPO Wałcz
17 wrz 2020
W weekend 19-20 września reprezentanci Polski będą rywalizowali w barwach klubowych w ENEA Mistrzostwach Polski Seniorów, natomiast po zakończeniu regat przeniosą się na zgrupowanie do Wałcza. Większość kadry seniorów przeniesie się z P...

Skład reprezentacji Polski na Mistrzostwa Europy Juniorów w Belgradzie
16 wrz 2020
26 i 27 września w Belgradzie będą miały miejsce Mistrzostwa Europy Juniorów. Polskę reprezentować będzie dziewięć osad. Międzynarodowa Federacja Wioślarska (FISA) podaje, że do regat zgłosiło się 426 zawodników z 27 krajów. Polsk?...

Zmarł Janisław Muszyński
14 wrz 2020
Z przykrością informujemy, że w dniu 10 września 2020 w wieku 78 lat zmarł Janisław Muszyński, były członek zarządu PZTW i wojewoda wrocławski.  Urodził się 9 października 1942 w Kaliszu, gdzie stawiał pierwsze kroki wioślarskie...

 

Nadchodzące zawody
(kalendarz)

19-20.09ENEA Mistrzostwa Polski Seniorów
Poznań
25.09Maraton Ósemek Toruń-Bydgoszcz
Toruń-Bydgoszcz
26.09Wielka Wioślarska o Puchar Brdy
Bydgoszcz

19-20.09
ENEA Mistrzostwa Polski Seniorów
Poznań
25.09
Maraton Ósemek Toruń-Bydgoszcz
Toruń-Bydgoszcz
26.09
Wielka Wioślarska o Puchar Brdy
Bydgoszcz

Zobacz wszystkie zawody